poniedziałek, 21 lipca 2014

Aktualizacja włosów: lipiec 2014

Po tak długiej przerwie powracam z aktualizacją włosową (po jeszcze dłuższej przerwie, bo ostatnia była w styczniu). Wtedy włosy były fioletowe - jeszcze kilka miesięcy używałam fioletowej farby, a następnie przerzuciłam się na chłodny ciemny brąz, podobny do mojego naturalnego koloru włosów, a ponad dwa miesiące żyję bez żadnej farby. Z pielęgnacją było różnie, mam wrażenie, że włosy są w bardzo dobrym stanie i nic lepszego już nie osiągnę. Daleko mi do perfekcji włosomaniaczek, ale są błyszczące, a końcówki zdrowe i nieporozdwajane. Wakacje - słona morska woda, słońce, wiatr, woda z jeziora wypłukały farbę (pojawiły się więc resztki rudej i fioletowej) i kolor nie prezentuje się zbyt dobrze, ale jeśli chodzi o kondycję, to nic nie mogę im zarzucić. Być może pomógł brak suszarki (kilka miesięcy temu zepsuła się, a z racji przeprowadzki stwierdziliśmy, że kupimy "później". Duży wpływ na kondycję włosów miała też moja walka z atakującą mnie znów łuszczycą. Niemal codzienne nakładanie olejków (między innymi: oliwa z oliwek + olej kokosowy + drożdże, olej rycynowy + kwas salicylowy) miało dobroczynny wpływ na włosy. Stosowanie maści i płynów sterydowych już nie... 
Są już dosyć długie i coraz częściej myślę o ścięciu ich. Marzy mi się " do ramion", ale wiem, że będę żałować, dlatego ograniczę się trochę. 


Kosmetyki których używałam to głównie: Kallos Latte, olej kokosowy, oliwa z oliwek, drożdże, odżywki w sprayu Aussie (głównie ta nawilżająca), eliksir do włosów Green Pharmacy, szampon leczniczy solankowy Zdrój, krem z mocznikiem i kwasem salicylowym Squamax i krem nawilżający Mediderm. 

Jak widać pielęgnacja nastawiona na łuszczycę, nic więc w niej ciekawego nie ma. 

W najbliższej przyszłości mam zamiar: podciąć włosy (10-15 cm z dołu i może jakieś warstwy przy twarzy i zafarbować je na ciemny, chłodny brąz.

Marzy mi się również delikatna trwała, która zrobiłaby lekkie fale i odbiłaby moje ciężkie włosy od głowy, ale wciąż boję się zaryzykować, jeśli macie jakieś doświadczenie w tym temacie dajcie znać.
PODPIS

środa, 25 czerwca 2014

Jaki strój kąpielowy kupić? To nie poradnik, to wylewanie żali.

Sezon wakacyjny, czas kupić strój kąpielowy. Przeglądam poradniki, te masowo wysyłane na moją pocztę przez znane sieciówki odzieżowe i te w gazetach. Po chwili dochodzę do wniosku, że osoba która stworzyła tekst gówno niewiele wie o dużych biustach (albo mamy inne pojęcie dużego biustu). Nie mówię, że ja się wybitnie znam, ale jako posiadaczka dużego biustu i kobiecej sylwetki wiem czego NIE wybierać. Moja wiedza ma się nijak do tego co radzi mi poradnik. Natknęłam się na duży napis DLA DUŻEGO BIUSTU, patrzę i co widzę? 

Stanik typu dwa trójkąty. Oo tak, każda posiadaczka DUŻEGO BIUSTU chce wyglądać jak gwiazda filmowa pornoprodukcji, o braku wygody nie wspominam. 


Przeglądam dalej: widzę biustonosz typu bandage. Jeśli nie chcesz pokazywać swoich DUŻYCH, a do tego nagich piersi wszystkim na plaży, nie kupuj biustonosza typu bandage. Nie wygląda źle, ale zginie w wodzie lub wdzięcznie zsunie się w dół gdy będziesz wstawała, podskakiwała, upadała, cokolwiek. 


Później zauważyłam tylko jednoczęściowe stroje bez miseczek rozpłaszczającecycki. Pamela Anderson dała radę, ja też dam... albo nie. 

źródło: filmweb.pl

Zwieńczeniem przeglądu prasy były proponowane marki odzieżowe, które mają mi ten strój zapewnić. Na dzień dobry H&M, lubię ten sklep ale na Boga 75D nie jest DUŻYM rozmiarem. Topshop, kilka na krzyż w Polsce, już biegnę tam na zakupy. River Island, O taaak, ogrom DUŻYCH rozmiarów dla DUŻEGO biustu. Na szarym końcu gdzieś pojawił się Esotiq - w tym sklepie kupimy bieliznę dla DUŻEGO biustu. Na ostatniej stronie gazety tak, że niemalże ominęłam pojawiły się firmy Panache i Freya, były to jednak reklamy, w poradniku dla DUŻEGO biustu nie pojawiły się te marki. 

Uzbrojona w dobre chęci i dużo pieniędzy i stos niepotrzebnych porad wybrałam się na zakupy. Dla pewności weszłam do H&M, tam mogę jedynie kupić jakiś dół, bo na górę niestety nie mam co liczyć, wszystko ma za małe miski, za to obwodami mogę się obwinąć kilkukrotnie. Szybki rzut oka do River utwierdza mnie w przekonaniu, że ten żart o strojach faktycznie był żartem. Zachodzę do Triumpha, czym prędzej wychodzę. Drogo, jakość nieadekwatna do ceny, mało modeli, nie mają rozmiaru dla dużych biustów, pani proponuje mi o dwa obwody większy stanik. Wstępuję jeszcze do F&F, tutaj być może mój DUŻY biust znalazłby jakąś miseczkę, ale nie obwód, ten za duży jak zwykle. W dodatku wyjątkowo źle skrojone stroje nic nie trzymają, wychodzę. 

Zła kieruję się do typowo bieliźnianych sklepów, które w swoim asortymencie posiadają marki specjalne dla DUŻYCH biustów. Jako pierwszy sklep Lanoro, gdzie był niezwykle mały wybór rozmiarów (większość, które podała mi ekspedientka były jedynie w okolicach mojego rozmiaru). Przymierzyłam 4 stroje, wszystkie miały mało modne i irytujące wzory na materiale, wszystkie miały 3 cyfrową cenę z 4 na początku i żaden nie miał mojego idealnego rozmiaru, za to pani powiedziała, że może zwęzić obwód bez szkód dla fasonu (tajasne). Za ponad 400zł? Nie, dziękuję. Nie jestem pewna czy cena za sam biustonosz czy za komplet, chyba to pierwsze. W tym sklepie natrafiłam też na idealny dla mnie biustonosz, niestety ten miał 5 z przodu na metce z ceną. Zabrałam ukochanego z kanapy i pognałam do kolejnego sklepu. 
W Obsession wybór rozmiarów był większy, zostałam zasypana strojami, głównie Fraya i Panache. zauważyłam, że wszystkie miały brzydkie wzory. Jakieś pstrokate kwiaty rodem z leżaków z Auchana, w dziwnych kolorach. Gdzie podział się nudny czarny? Nie ma, na jego miejscu jest brązowy, zielony i pomarańczowy (nie ten modny, ten brzydki pomarańcz). Tutaj ceny lepsze. Od 400 w dół (nie w górę jak w poprzednim sklepie). W końcu udało mi się znaleźć biustonosz o świetnym kroju i w miarę akceptowalnym wzorze, za komplet coś ponad 300zł. No właśnie komplet. Przystępuję do przymiarki dołu. Nie dość, że rozmiar jest zły to w ogóle fason nie jest dla mnie. Pomimo dosyć szerokich bioder i dużych ud lepiej wyglądam w mniej zabudowanych majtkach, w pancernych czuję się jak w rajstopach i tak tez wyglądam. Pytam ekspedientkę czy mogę wymienić na inny rozmiar (nie mogę), a najlepiej na inny fason (też nie mogę). Pytam czy mogę kupić sam biustonosz (nie mogę). Po chwili ekspedientka błyskotliwie podsuwa mi: "może pani dokupić tutaj do tego kompletu majtki, na przykład czarne". Nie, dziękuję, nie kupię stroju za ponad 300zł z dołem o złym rozmiarze i kroju i dodatkowego dołu.
Odwiedziłam jeszcze kilka sklepów, ale sytuacja się powtarzała. Dlaczego mam wydać tyle pieniędzy na strój, który nawet mi się nie podoba? Czy tylko ja mam tak wielki biust? Nie sądzę, bo na ulicach mijam kobiety z dwukrotnie większym biustem od mojego. Gdzie one kupują bieliznę? Może nie kupują? 

Poirytowana zasiadam przed ekran. Odszukuję wszystkie polskie sklepy internetowe z bielizną D+. Zaryzykuję brakiem przymiarki, najwyżej wymienię na inny, ostatecznie przesyłka jest o wiele tańsza niż moje latanie po sklepach . Trafiam na promocyjne ceny, o wiele bardziej przyjemne. Wahają się od 100 do 300, najczęściej jest to około 200 za samą górę, dół kupujemy osobno. Niestety większość tych promocyjnych cen dotyczy "ostatniego rozmiaru". W ogóle braki rozmiarów w sklepach internetowych wydają mi się śmieszne. Zdesperowana postanawiam kupić górę od stroju, którego nigdy nie mierzyłam, który jest dosyć drogi, ale który podoba mi się i nie ma jakichś dzikich printów. Dół dobiorę w H&M, jak zapowiadałam. Jeśli strój przyjdzie i okaże się, że nie leży, to przysięgam, będę latać topless (ale nie powiem Wam, gdzie spędzam tegoroczne wakacje ;p).

źródło: freyalingerie.com

Podobny problem, choć odrobinę mniejszy jest ze zwykłymi biustonoszami. W sieciówkach duże biusty są dyskryminowane. Oczywiście w Polsce, bo za granicą  w M&S, F&F, Debenhams, La Senza znajdziemy tanie i ładne biustonosze. Dlaczego sklepy mają dział size plus/44+, a staniki to już nie łaska zrobić w rozmiarze D+? Co oznacza DUŻE PIERSI? Duże to jakie? Dlaczego sklepy z bielizną D+ są poukrywane, słabo zaopatrzone i jest ich w ogóle mało? Polskie marki mają niewiele sklepów. Ostatnio zauważyłam dopiero Dalię, ale to za sprawą zdjęć z Marta Wierzbicką. Comexim? Nie ma sklepów stacjonarnych. Ewa Michalak i jej piękne Effuniaki? Milion sklepów w Warszawie i ani jednego w Trójmieście czy na śląsku. 

I na Boga, dlaczego te wszystkie stroje są takie drogie? Jestem w stanie zaakceptować 150zł za biustonosz i coś koło 100 za dół, ale 300, 400 i 500 jest zabawne. Mówimy o brafittingu, o świadomym kupowaniu biustonoszy, o dbaniu o piersi, a tak naprawdę to kupienie dobrego biustonosza/stroju kąpielowego w rozmiarze D+ jest luksusem i to takim, na który trzeba zapolować, a do tego sporo zapłacić. 

PS: Dziś kupiłam piękny biustonosz w Esotiq (swoją drogą nie wiedziałam, że znajdę tam takie rozmiary). Ma idealny krój, jest bardzo komfortowy, ładnie wygląda i co zaskakujące, trafiłam na promocję i zapłaciłam za niego ok. 65zł. Niestety był tylko jeden, samotny. Nie było ani więcej egzemplarzy tego konkretnego modelu w tym kolorze, ani innych kolorów. Szkoda. 

PS2: W F&F skorzystałam z wyprzedaży i kupiłam 10 sztuk majtek, wszystkie urocze, zapłaciłam za nie 70zł (ok 6,7,8 zł za sztukę). To chyba niezły deal. Dla porównania w H&M za dwupak zwykłych bokserek (nic w nich pięknego nie było, zwykłe gatki) już w cenie po obniżce można było zapłacić 30zł. 

PS3: To moje najdłuższe żale w historii tego bloga, dlatego wiecie, warto zapamiętać, ze takie coś miało tu miejsce.

PODPIS


piątek, 13 czerwca 2014

Ulubieńcy makijażowi - kosmetyki, których używam ostatnio do wykonania makijażu.

Ostatnio mój makijaż jest dosyć nudny, a raczej mało zróżnicowany. Maluję się cały czas podobnie, a to dlatego, że zakochałam się w kilku produktach, które niedawno kupiłam. Stawiam na rozświetloną cerę, mocne brwi, delikatne oczy i najczęściej mocne usta (zależy od okazji, nie maluję się szminką codziennie ; )


Numer jeden to podkład Annabelle Minerals, o których pisałam w poprzedniej notce. Mocno kryje i jednocześnie daje naturalny efekt. A do tego ma pozytywny wpływ na cerę. Na początku nakładałam go hakuro h51, ale pędzelek z H&M do kremów bb skradł moje serce ; ) Od kiedy dostałam od Dawida aquabrow używam go cały czas (w duecie z pędzelkiem z Sephory nr 15). Brwi wykańczam za pomocą niezawodnej maskary do brwi z Wibo. Na policzkach bronzer Bahama Mama nakładany skunksem dla bardziej naturalnego efektu. Na kościach policzkowych niezmiennie Mary-lou Manizer.  Cień w kremie z maybelline to mój 100% ulubieniec od jego pierwszych dni. Świetnie wygląda w towarzystwie roztartej brązowej kredki na linii rzęs. Mój ulubiony tusz do rzęs z Yves Rocher już się powoli kończy, ale z pewnością zdecyduje się na kolejny. Na ustach golden rose velvet matte i kredka emily. Wiem, że to już nudne, ale jestem zakochana w tych szminkach. 

I to tyle, jak zwykle stawiam na klasyczny makijaż, tęczy u mnie nie zobaczycie ; )
PODPIS

sobota, 7 czerwca 2014

Bitwa podkładów: Annabelle Minerals vs. Vichy Dermablend

Odkąd poznałam minerały używam ich niemal codziennie, aż do dziś, kiedy postanowiłam dla odmiany użyć ukochanego vichy dermablend. Przyznam, że od razu zobaczyłam i poczułam różnicę i w ciągu sekundy podjęłam decyzję o tym przy jakim podkładzie zostanę już na zawsze ;) Zanim zdradzę Wam, który podkład jest tym jedynym pokusiłam się o porównanie. Są to dwa bardzo różne produkty, ale są one przeznaczone do cery z problemami i dlatego postanowiłam je ze sobą zestawić.


Dostępność:
AM musimy zamówić przez internet. Jest to spory minus, ale firma oferuje nam możliwość nabycia próbek w atrakcyjnych cenach. Dzięki temu możemy dokładnie sprawdzić produkt przed zakupem. Próbki są wydajne, przy zakupach zawsze dostajemy jakiś gratis. 
VD możemy kupić w dobrych aptekach stacjonarnie, co jest dużym plusem. Problem polega na tym, że nie we wszystkich aptekach możemy dostać próbki albo testery. 

Cena:
AM możemy kupić w dwóch pojemnościach: 4g - 30zł, 10g -50zł. 
VD możemy kupić w jednej pojemności: 30ml - 80-90zł 
Warto tutaj dodać, że w przypadku AM zużywamy 1g w jeden miesiąc, co daje nam 10 miesięcy - całkiem wydajna opcja ;) VD zużywamy tak jak standardowy podkład. 

Gama kolorów:
AM zdecydowanie nas rozpieszcza: mamy do wyboru 3 wykończenia (matujący, kryjący, rozświetlający), 3 kolory (beige, natural, golden), które mają aż 5 odcieni (fairest, fair, light, medium, dark). Jednym słowem mówiąc jest z czego wybierać, jestem pewna, że każdy znajdzie coś dla siebie.
VD ma 5 kolorów: opal, nude, sand, gold, bronze. Przyznam, że przy wyborze miałam niewielki problem. Co prawda Opal ma piękny żółty odcień, który pasuje do mojej cery, jednak mogę go nosić tylko w zimę. Kiedy skóra łapie trochę słońca jest już za ciemna. Chociaż bardzo bym chciała dopasować produkt bardziej, to nie mogę. 

Opakowanie:
AM posiadają estetyczne opakowania, które ułatwiają aplikację. Niestety jedno (mniejsze) zaczyna pękać na dole. Przyznam, że budzi to mój niepokój. Jednak plusem jest nakładka zatykająca sitko i nakrętka, która nie otwiera się w kosmetyczce czy w trakcie upadku. Większe opakowanie (starsze) nie pęka, ale ma gorszą nakrętkę, co prawda jeszcze mi się nie otworzyła, ale budzi niepokój. Nie posiada też nakładki na sitko, ale z tego co wiem jest to stary model opakowań.
VD to tradycyjna miękka tubka z nakrętką. Jedynym minusem jest fakt, że podkład wylatuje z opakowania (nawet, gdy jest zamknięte), przez co opakowanie jest zawsze pobrudzone, a sam kosmetyk się marnuje. 

Zapach, konsystencja, aplikacja:
AM nie posiada charakterystycznego zapachu, ma pudrową konsystencję. W kontakcie ze skórą puder jest jakby mokry, nie pyli, tylko przykleja się. Aplikacja wymaga odrobiny wprawy i wyczucia. Kluczem jest nakładanie kilku cieniutkich warstw. Stopniowanie pozwoli na najlepszy efekt. Przyznam, że aplikacja podkładu mineralnego jest odrobinę bardziej czasochłonna niż aplikacja płynnego podkładu.
VD ma niezbyt przyjemny zapach, który mnie kojarzy się z domestosem. Konsystencja jest płynna, o dziwo podkład jest dosyć rzadki, a przy tym bardzo kryjący. Aplikacja jest dosyć łatwa, trzeba jednak uważać, żeby nie zafundować sobie tapety. Tutaj podobnie warto pracować cienkimi warstwami. 
W przypadku VD i AM do aplikacji potrzebne są pędzle. Najlepiej jakiś flat top (np. hakuro h51, ale równie dobry będzie pędzel z H&M, o którym niedługo Wam napiszę)

Komfort noszenia, filtry, trwałość i demakijaż:
AM wygrywa jeśli chodzi o komfort noszenia. Podkład jest całkowicie nieodczuwalny na skórze. Posiada filtr spf 15, co jest całkiem przyzwoitą opcją na zimę, jesień i wiosnę. Na lato polecam coś jeszcze pod spód. Jeśli chodzi o trwałość to 5 godzin wygląda bardzo ładnie, później schodzi stopniowo i raczej się nie ściera w kontakcie z resztą świata. W połowie dnia warto użyć bibułki matujące i delikatnie skorygować. Demakijaż jest bardzo łatwy, schodzi w kontakcie z micelem.
VD jest dosyć ciężki, nie da się ukryć, że na twarzy coś jest. Posiada filtr spf 11, tak jak w przypadku AM na lato warto dodać coś jeszcze do ochrony. Trwałość jest odrobinę dłuższa niż w przypadku AM, jednak twarz częściej się poci, a sam podkład warzy. Trzeba korygować w ciągu dnia i raczej nie dotykać twarzy, bo potrafi się ścierać i na twarzy powstają wtedy plamy. Demakijaż utrudniony, trzeba się nieźle namachać wacikiem, a najlepiej od razu zmyć jakimś żelem. 

Wpływ na cerę:
AM dzięki swojemu naturalnemu składowi i braku dodatków ma pozytywny wpływ na skórę. Zawartość cynku pomaga w gojeniu wyprysków i nadaje właściwości antybakteryjne. Prosty skład przemawia do mnie i do mojej skóry. 
VD nie zawiera parabenów (tak jest napisane na opakowaniu). Jednak chemiczny zapach budzi niepokój. Pomimo zapewnień producenta o przeznaczeniu do delikatnej skóry, podkład potrafi powodować swędzenie lub podrażnienia (rzadko). 

Krycie, efekt na skórze:
AM w zależności od wybranego wykończenia i nałożonych warstw daje różne krycie. Najlepszy jest jednak fakt, że mamy wrażenie, że na skórze nie ma zbyt wiele kosmetyku. Jest wiec lekko i w miarę możliwości naturalnie.
VD daje 100% krycia. Nałożony na skórę jest jednak bardzo widoczny. Daje efekt cery bez skazy, ale wygląda to dosyć sztucznie. Fajny na jakieś wyjście, gdzie będą robione zdjęcia, bo z pewnością da fajny efekt. 



Mój wybór padł na podkład mineralny. Efekt, jaki daje podoba mi się najbardziej. Odpowiada mi także uczucie oddychającej skóry. Podkład mineralny polecam wszystkim osobom z trądzikiem, również mężczyznom, którzy chcieliby zakryć najgorsze miejsca na twarzy. Uważam, że podkład mineralny jest o wiele lepszym wyjściem dla młodych dziewczyn, które dopiero zaczynają swoja przygodę z makijażem lub borykają się z trądzikiem "nastoletnim" i chcą go zakryć. Lepiej zrobić to podkładem mineralnym, niż "jakimś" korektorem. Jeśli chodzi o Vichy Dermablend to uważam go za dobry podkład, jednak nie do codziennego użytku. Świetny na wielkie wyjścia, jak studniówka, wesela, imprezy. Znacie te produkty? Który z nich spełnia Wasze wymagania? :) Jeśli nie znacie, to zachęcam do używania minerałów. 

PS: Obroniłam już pracę licencjacką. Niesamowita ulga, możecie  spodziewać się większej ilości wpisów :) Mam nadzieję, że o mnie nie zapomniałyście. 
PODPIS

niedziela, 25 maja 2014

Manicure Japoński w domu P. Shine Nail Buffer kit - czy uratuje paznokcie?

Niedawno pisałam o tym, że stan moich paznokci znów się pogorszył i to w drastyczny sposób. Jako jeden z elementów kuracji wybrałam manicure japoński. Wybrałam go dlatego, że kiedyś podratował paznokcie mojej mamy.
Postanowiłam kupić zestaw do manicure japońskiego, zamiast chodzić na zabiegi do kosmetyczki z kilku powodów: 

  • zrobienie manicure japońskiego jest proste
  • przyrządy do jego zrobienia możemy kupić między innymi na allegro (to te same produkty, których używają kosmetyczki)
  • cena zestawu to 150zł, natomiast koszt wizyty u kosmetyczki to 50zł (dostępne są też mniejsze zestawy uzupełniające)

W skład zestawu wchodzą:
  • Pasta 8g i polerka do niej 
  • Proszek 5g i polerka do niego
  • 4 papierowe pilniczki
  • Pilniczek do nakładania pasty lub odsuwania skórek
  • szmatka do usuwania pyłu
  • zgrabna kasetka

Wszystko utrzymane w pastelowych kolorach. Ma w sobie coś, co sprawia że przyjemnie jest patrzeć na zestaw ; ) Wszystko porządnie wykonane. Zestaw zajmuje mało miejsca, co jest ogromnym plusem, jeśli tak jak ja przechowujecie przyrządy do paznokci w pudełku po glossy ; ) Można też zabrać ze sobą na wakacje i nie przerywać kuracji ; )
Zarówno pasta jak i proszek są bardzo wydajne. Od momentu kupna (czyli od początku lutego) zużyłam 1/4 pasty i prawie w ogóle nie widać zużycia proszku. A używałam na sobie i mamie. 



Jak zrobić manicure japoński?
  1. Przeprowadzamy zwykły rytuał pielęgnacji: zmywamy lakier, olejujemy, peelingujemy, usuwamy skórki, piłujemy...co kto lubi robić ;)
  2. Bardzo delikatnie matowimy płytkę paznokcia (robimy to dołączonym do zestawu pilniczkiem - różową stroną). Pomiń ten krok, jeśli masz bardzo cieniutkie, zniszczone paznokcie. 
  3. Nakładamy pastę na paznokcie. Malutką ilość. Instrukcja mówi, żeby nałożyć pastę na polerkę, ale znacznie wygodniej jest nałożyć na paznokieć. Tak też robi pani kosmetyczka. 
  4. Zieloną polerką zaczynamy polerować paznokcie. Robimy to w jednym kierunku! Robimy to tak długo, aż zobaczymy połysk. Postaraj się polerować całą płytkę ;)
  5. Przyszedł czas na proszek. Tym razem nakładamy na różową polerkę. Tak jest najłatwiej. Polerujemy paznokcie proszkiem (może być we dwie strony). Polerujemy tak długo, aż paznokcie będą pięęęęknie błyszczeć. Będą wyglądały jak pomalowane mokrym lakierem do paznokci. Kiedy polerujemy prawą dłoń łatwiej jest trzymać polerkę i poruszać polerowaną dłonią. Lewuski oczywiście odwrotnie ;)
Cały zabieg powtarzamy co dwa tygodnie. Co tydzień możemy polerować różowym proszkiem. 
Puder ma za zadanie zabezpieczyć pastę nałożoną na paznokieć. 

Tutaj paznokcie były jeszcze w słabym stanie. Gdzieś w połowie kuracji, przed ścięciem. Ale myślę, że widać nieśmiały blask ; ) Teraz jest już lepiej.

Efekty:
  • piękny połysk, naprawdę efektowny i zdrowy
  • paznokcie stają się grubsze, bardziej elastyczne i odżywione 
  • nie rozdwajają się i nie kruszą
  • szybciej rosną
  • jeśli na płytce były jakieś dziurki, pofalowania, plamy - wszystko znika
Regularnie wykonywany może naprawdę poprawić stan paznokci. Ja widzę ogromną różnicę i uważam, że zestaw jest wart swojej ceny. 

PODPIS

środa, 14 maja 2014

Urządzenie do pielęgnacji twarzy Beautyline - Clarisonic w wersji budżetowej.

W blogosferze zawrzało wraz z pojawieniem się najnowszej gazetki urodowej w Biedronce. Jesteśmy już przyzwyczajone, że popularna sieciówka raz na jakiś czas proponuje nam przydatne i ciekawe gadżety w atrakcyjnych cenach. Ale myślę, że urządzenie do pielęgnacji twarzy zwróciło na siebie szczególną uwagę. 

Wyglądem przypomina popularną szczoteczkę Clarisonica, różni się oczywiście ceną. Ta z biedronki jest około 30 razy tańsza. Niestety nie jestem w stanie ich porównać. Nie wątpię, że pierwowzór jest lepiej wykonany, z lepszego tworzywa. Jest ładowalny (nie na baterie), większy... ale nie chcę się tu na niej skupiać. Chciałabym opisać pierwsze wrażenia związane z urządzeniem do pielęgnacji twarzy Beautyline.


  • Fajne, dosyć porządne opakowanie. Wygląda estetycznie, zamyka się na zatrzask. Nadaje się do wygodnego przechowywania w domu. Nadaje się tez na wyjazdy, ale nie jestem pewna, czy chciałabym zabierać ze sobą tak duży przedmiot. Wolałabym raczej zabrać same urządzenie ze szczoteczką. 
  • W zestawie są 4 końcówki: szczoteczka (włosie jest odpowiednio miękkie), masująca (bardzo fajna), lateksowa (również fajna do masażu), z gąbki. Wszystkie 3 są bardzo fajne i przydatne. Ostatnia, z gąbki teoretycznie nadaje się do nakładania makijażu, ale moim zdaniem obraca się za szybko. No chyba, że do jakiegoś super gęstego podkładu. Każda z nich jest porządnie wykonana. Moją wątpliwość budzi tylko fakt, że nasadki pewnego dnia trzeba będzie wymienić. Gdzie można kupić pasujące nasadki?
  • Samo urządzenie jest ładnie i dosyć porządnie wykonane, pewnie leży w dłoni. Jest dosyć ciężkie za sprawą dwóch baterii AA, którymi jest zasilane, a także mechanizmu obrotowego. 
  • Możliwe są dwa stopnie szybkości 
  • Siła urządzenia jest wystarczająca, aby komfortowo je używać. Bałam się, że tak, jak w przypadku frezarki urządzenie będzie się zacinało przy mocniejszym nacisku. Jednak nic takiego się nie dzieje. Ma moc! ; )
  • Cena: 20zł - jakość jest wyższa, niż wskazywałaby na to cena. ie wiem oczywiście jak rządzenie będzie się sprawować za tydzień, miesiąc. Ale jest to pierwsze wrażenie i jest ono bardzo dobre ; )

Używałam już kilkukrotnie tego urządzenia. Oczyszczoną twarz (już po demakijażu płynem micelarnym) masuję szczotką zwilżoną wodą i kremem do mycia twarzy. Jest to bardzo przyjemne uczucie. Następnie nakładam olejek na twarz i masuję nakładką masująca (z tymi kuleczkami). Ten zabieg jest równie relaksujący. 

Nie jest to Clarisonic, ale produkt za niską cenę i przyzwoitą jakość. Prosiłyście o recenzję, jeśli Was przekonała polecam udać się na polowanie do biedronki. Może uda Wam się jeszcze je znaleźć. 


 PODPIS

niedziela, 11 maja 2014

Co kupiłam na promocjach w Rossmannie, Naturze i Biedronce.

Nie wiem jak wygląda to w Waszym przypadku, ale kiedy przychodzi czas słynnych już promocji w Rossmannie i Naturze, nigdy nie mam czasu i nie wiem co kupić. Ograniczam się więc do absolutnego minimum.


W Rossmannie zdecydowałam się na szminkę Maybelline Color Wisper w kolorze 440. To piękny pomarańcz o żelowej konsystencji. Szminka chodziła za mną od dawna (od zeszłego lata) i dopiero teraz zdecydowałam się na nią.


Do mojej kolekcji eliksirów dołączył piękny kolor. Połączenie różu o koralu. Uwielbiam konsystencję tej szminki i dlatego bez wahania zdecydowałam się na kolejną. 


Zastanawiałam się jeszcze nad Astorami (tymi w biało-złotych opakowaniach) Bardzo mnie korciły, ale ostatecznie powstrzymałam się (poproszę o brawa).

W Naturze zostały już same resztki. Zdecydowałam się na róż w sztyfcie, na który polowałam od dawna. Po roztarciu na skórze daje efekt rumieńców, które możemy zaobserwować rano zaraz po przebudzeniu.


Szafa KOBO była ogołocona, jednak udało mi się wygrzebać ostatni wkład w kolorze 205 Golden Rose. Przepiękny cień o mokrej konsystencji. Szkoda, że jest okrągły, a nie prostokątny tak jak cienie inglota
(i zarazem wszystkie moje palety).
Z szafy KOBO miałam ochotę na puder rozświetlający w kuleczkach i spray fixujący. Niestety nie było.


Jako ostatni wygrzebałam Maybelline Color Tattoo w kolorze On and on bronze. Ten kolor jest przepiękny. Również trwałość cienia zachwyca. To był ostatni, najmniej wymacany (dowiedziałam się o tym dopiero po zakupie...) color tattoo (chciałam kupić w rossmannie, ale tamte były wymacane w ohydny sposób).


Podczas wcześniejszej promocji skusiłam się tylko na maskarę do brwi wibo, która jest moją ulubioną maskarą od 2 lat. Powinnam kupić jakieś tusze do rzęs, ale o brakach w moich zapasach dowiedziałam się już po promocji. 

W Biedronce kupiłam jedynie hennę w kremie. Daje o wiele lepszy efekt niż ta w proszku. Szybciej i łatwiej się ja nakłada i jest bardziej trwała. 

Zastanawiam się nad szczoteczką do mycia twarzy, ale nie jestem przekonana o jej jakości... ale może się zdecyduję. W końcu to tylko 20 zł.


PS: Prawdopodobnie 6 czerwca mam obronę licencjatu, od tego momentu powrócę do świata żywych :)
PODPIS

czwartek, 8 maja 2014

Efekty po mikrodermabrazji diamentowej 3/6 wizyt

Dopytujecie o efekty po zabiegach mikrodermabrazji. Obiecałam jakiś czas temu, że o tym napiszę. Chciałam w prawdzie poczekać, aż skończę cykl 6 zabiegów. Ale co nieco opowiem już teraz :)

Jak w moim przypadku wyglądał zabieg mikrodermabrazji?
Po krótkim wywiadzie, pani kosmetyczka zmywa makijaż i przygląda się skórze. Ja mam problem z trądzikiem i pani rozmawiała ze mną o tym jakie kosmetyki stosuję, czy jestem pod opieką dermatologa, co powinnam zrobić, aby stan skóry polepszył się. Ponieważ nie miałam zbyt wiele wyprysków, więcej blizn, zdecydowałyśmy wykonać zabieg. (jeśli jest dużo wyprysków, to mikro może tylko rozsiać bakterie po twarzy, wtedy zabieg nie jest wskazany).

Pani ustawiła urządzenie i zaczęła od delikatnej końcówki przy ssawce. Zabieg przypomina odkurzanie skóry. Po chwili zmieniła końcówkę na ostrzejszą. Samo odkurzanie trwało ok. 30 minut i nie było w ogóle nieprzyjemne. Dla mnie jest to odprężające uczucie.

Następnie nałożyła kwas hialuronowy i wmasowała go ultradźwiękami. Później wykonuje masaż twarzy (niesamowicie przyjemny) i nakłada maseczkę (w moim przypadku antybakteryjną).

Po zabiegu nie nakładamy podkładu, chyba że jest to podkład mineralny. Wtedy możemy to zrobić. Uważamy na słońce, teraz nasza skóra jest wrażliwa.

Pierwszego dnia skóra jest czerwona (po kilku godzinach zaczerwienie w większości znika). Bardzo gładka i napięta. Mamy wrażenie, jakby ktoś zdjął z niej warstwę czegoś i dopiero teraz nasza skóra może oddychać.
Następnego dnia skóra jest już promienna, gładka, nawilżona. Ma piękny, zdrowy kolor. Jeśli na skórze były jakieś pryszcze, to szybciej się goją. A blizny są minimalnie mniej widoczne. Już po pierwszym zabiegu efekty są zauważalne.

Przez kilka dni skóra szybko wchłania kosmetyki, dlatego warto nałożyć ulubioną maseczkę lub serum.

Z każdym kolejnym zabiegiem (a odbyłam dopiero 3) było coraz lepiej. Chodzę na nie co dwa tygodnie. Blizny nie rzucają się tak w oczy, rozjaśniły się, dołeczki i wypukłości wyrównały się.
Nie mam problemów z wągrami, dlatego nie jestem w stanie nic na ten temat powiedzieć. Ale pory zrobiły się mniejsze. Zmienił się wygląd mojej twarzy po nałożeniu makijażu. O wiele łatwiej jest mi nałożyć podkład. Wygląda bardziej estetycznie.

Polecam mikrodermabrazję, ze względu na szybkie efekty. Łagodny przebieg gojenia się twarzy. Mikro nie wyleczy trądziku. Ale z pewnością poprawi wygląd skóry.

Komu odradzam mikro? Osoby z cerą naczynkową, osoby z ostrymi zmianami trądzikowymi (tutaj polecałabym raczej kwasy)

Niestety nie zrobiłam zdjęć, ale Ci z Was, którzy widza mnie na co dzień mogą zauważyć dużą poprawę ;)

PODPIS

czwartek, 1 maja 2014

Co dzieje się z Twoim "nowym" tuszem do rzęs, kredką i błyszczykiem?

Akcje promocyjne trwają w najlepsze, na blogach dziewczyny alarmują, aby nie dotykać kosmetyków, używać testerów. Przy okazji i ja opowiem o czymś jeszcze bardziej irytującym.

Lubię kosmetyki Golden Rose i jestem bardzo zadowolona z faktu, że całkiem niedawno otworzyli salon GR w Galerii Katowickiej, tuż obok miejsca gdzie mieszkam. Dosyć często odwiedzam ten salon, bo to po drodze.

Pomijając fakt niezrozumiałej dla mnie estetyki wystroju (nie mogę przeżyć tego, okropna tandeta, porozstawiane kilka kosmetyków, a wokół nich jakieś duperele). O wiele profesjonalniej i po prostu lepiej. wyglądałyby ułożone w rządkach kosmetyki.

Panie ekspedientki:

  • Trajkoczą jak szalone i nie zauważają klientów. Nie zrozumcie mnie źle. Nie ma nic złego w rozmowach ekspedientek, ale kiedy klienci są obok, nie chcą słyszeć o jej problemach z chłopakiem, co rano zjadła i jaki szef jest zły i irytujący. 
  • W przerwach w trajkotaniu rzucają Ci długie, przenikliwe spojrzenia, które mówią: wybrała już? no, to niech zapłaci i idzie.
  • Absolutnie nie są w stanie w niczym doradzić, ani w niczym pomóc. Na większość pytań odpowiadają: yyy... nie wiem.
  • Widać jak bardzo jest znudzona i jak bardzo nie chce tam siedzieć. 
  • A teraz czas na wisienkę na torcie ; ) Za każdym razem, gdy tam jestem ekspedientka: bierze nowy tusz z szafy, tuszuje sobie na grubo rzęsy, zakręca, odstawia. Bierze kredkę poprawia sobie linię wodną, zamyka, odstawia do szafy. Bierze błyszczyk, odkręca, smaruje się nim na grubo, zakręca i odstawia. 


Wkurza mnie to niemiłosiernie. Czy nikt nie uświadomił tych Pań? Czy nie było żadnego szkolenia? Drogie Panie, jeśli to czytacie, ogarnijcie się.

Jako bonus: ostatnio szukałam kredki, spędziłam z pół godziny na wyszukiwaniu niewymacanej. Zapytałam też o tester i okazało się, że: nie ma, może pani sobie sprawdzić.
PODPIS

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Czym peelingować usta - odpowiedź na pytanie.


Pytanie brzmi:

Moja odpowiedź:
jak wiecie, oprócz peelingu z cukru korzystam ze szczoteczek do ust. Wybieram dwa rodzaje: czysta spiralka po tuszu do rzęs lub szczoteczka do zębów. 

Spiralka musi być z włosków i to miękkich. Możliwie jak najmiększych. Nie wpadnijcie tylko na pomysł, aby wybrać silikonowe lub z plastiku. Poranicie tylko usta. Włosie ma być miękkie!

Jeśli szczoteczka do zębów to soft. A najlepiej super soft, czyli np. szczoteczki Curaprox, które nie tylko są dobre dla naszych zębów, ale też można świetnie wypeelingować usta. Nie znam bardziej miękkich szczoteczek.

Po zanurzeniu spiralki/szczteczki w oleju (np. kokosowy, ale możemy wzbogacić go o miód, czy cukier, który będzie dodatkowo peelingował)  wykonujemy masaż ust. Okrągłymi, poziomymi, pionowymi ruchami. Dosyć długo, ale delikatnie i z wyczuciem. 
Zmywamy usta i nakładamy balsam.

Narzędzia myjemy np. w mydle/płynie antybakteryjnym. I oczywiście przeznaczamy już tylko do tego celu.



PODPIS

niedziela, 20 kwietnia 2014

Golden Rose Velvet Matte - 13 powodów dla których warto je kupić.

Wiem, że już się wszyscy naczytali o tych szminkach, ale tak bardzo mi się spodobały, że muszę cokolwiek o nich napisać. 

Oto 13 powodów dla których warto kupić te szminki :)

1. Niewiele jest dostępnych matowych szminek. A to bardzo ładny mat. Nie jest suchy i płaski, raczej aksamitny. 
2. Kosztuje niecałe 11zł, można więc zaszaleć :)
3. Dosyć duża i różnorodna gama kolorystyczna, każdy znajdzie coś dla siebie. Kolory mają ładne i modne odcienie.
4. Nie podkreśla skórek.
5. Nie wysusza ust.
6. Szminka ma wytrzymałe i całkiem ładne opakowanie ;) (przeżyło już 2 upadki z wysoka i jest dobrze)
7. Nie wysusza skóry ust.
8. Zawiera witaminę E.
9. Bardzo łatwa aplikacja (zwłaszcza jak na matowa szminkę) 
10. Bardzo długo utrzymuje się na ustach i jednolicie się ściera, nie robiąc nieestetycznych plam.
11. Nie zbiera się w załamaniach i kącikach. 
12. Ładny, subtelny zapach. 
13. Nie rozlewa się poza usta, w ogóle nigdzie nie migruje.

Właściwie szminka wygląda na ustach przez cały czas tak samo od momentu nałożenia. Przeszkodzić może tylko jedzenie ; ) Ale nawet wtedy kolor jedynie traci na intensywności (usta nadal mają kolor szminki). Dzięki temu, że jest matowa wygląda bardzo dobrze niezależnie od okazji, pory dnia.
Dawno nie nosiłam na ustach lepszej szminki ; )


 Specyficznie wyprofilowane końcówki szminek. Jeszcze się z takimi wygiętymi nie spotkałam.


Zdjęcie z lampą, nie oddaje koloru.

Na tym zdjęciu najlepiej widać kolory i ich teksturę.


Zdjęcie bez lampy.
PODPIS



sobota, 12 kwietnia 2014

Revlon Parfumerie Pink Pineapple

Chyba nie zdziwię nikogo - musiałam mieć ten lakier. Kiedy tylko zobaczyłam opakowanie i dowiedziałam się, że pachną nie było innej opcji.


Opakowanie faktycznie cieszy oko, przypomina mały flakonik perfum. Jedyne co mnie razi to ta kuleczka. Gdyby była zrobiona z gładkiego tworzywa, całość wyglądałaby lepiej. 

Lakier został wyposażony w cienki pędzelek. Nie jest zbyt wygodny, dosyć długi. W połączeniu z konsystencją robi smugi. Szkoda, bo od lakieru za 20zł wymagam dobrego pędzelka. 


Wybrałam kolor Pink Pineapple, akurat taki był mi potrzebny. Poza tym wiem, że na pewno go zużyję. 
Po dwóch warstwach lakier osiąga przyzwoite krycie, które możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej. Niestety nie jest to demon szybkości w kwestii schnięcia. Jak widzicie na poniższym zdjęciu poodciskały mi się ślady. 


W miarę wysychania lakier zaczyna pachnieć. Nie jest to zapach prawdziwego ananasa. Raczej gumy ananasowej. Zapach jest słodki i przyjemny i trzyma się na paznokciach 2 dni (przy normalnej częstotliwości mycia rąk).

Czy lakier wart jest swojej ceny? Moim zdaniem nie. Jest to raczej ciekawy gadżet ze względu na zapach i buteleczkę. Czy kupię więcej? Tak, w jakiejś ciekawej promocji, np. 2 w cenie 1 ;) Głównie dlatego, że upatrzyłam sobie jeszcze 3 odcienie.


PS: wczoraj, podczas malowania paznokci zauważyłam, że moje problemy z paznokciami w  większości zniknęły. A zwłaszcza problem odklejenia się płytki od łożyska ;) Jestem bardzo zadowolona i wkrótce powiem Wam, co robiłam. 

PODPIS

niedziela, 6 kwietnia 2014

Podkreślanie brwi 3: Jak narysować brwi za pomocą flamastra do brwi.

Flamastry do brwi są najrzadziej używanym kosmetykiem do ich podkreślania. Zupełnie nie wiem dlaczego, bo mi bardzo podoba się ten "czysty" efekt. Na rynku jest trochę takich flamastrów, ale nie są tak dobrze dostępne jak kredki czy cienie z woskami.
Doskonale wiem, że schemat rysowania jest za każdym razem taki sam, ale chciałabym raczej pokazać różnice w wykończeniu. 
Flamaster idealnie stapia się ze skórą, daje wrażenie, że na brwiach nie ma żadnej warstwy kosmetyku (w przeciwieństwie do kredki) i nie pozostawia efektu pudrowości (tak jak cienie). Za pomocą flamastra można osiągnąć precyzyjny, geometryczny efekt, ale też naturalny. Ja wybrałam coś pomiędzy : )


1. Brwi przygotowane do pracy nad nimi. Pamiętajcie, aby usunąć podkład z włosków i wyszczotkować je do góry.
2. Flamastrem uzupełniam dziury we brwiach. Tylko tam, gdzie wydaje mi się, ze jest za mało włosków. 
3. Dokładnie szczotkuję brwi, aby rozetrzeć flamaster.
4. Obrysowuję brwi korektorem lub cielistą kredką i dokładnie ją rozcieram. Aby utrwalić efekt warto delikatnie przypudrować te miejsca (lub pokryć cielistym cieniem).
5. (Opcjonalnie) pokrywamy włoski maskarą do brwi.

Efekt końcowy jest moim zdaniem satysfakcjonujący. Jest to najszybszy ze wszystkich sposób. Flamaster łatwo jest rozetrzeć. Trudno jest nałożyć za dużo. Jest dosyć precyzyjny i nieczęsto zdarza się, że robimy bałagan i wychodzimy poza linię brwi. W mojej kosmetyczce jest tylko jeden taki flamaster, ale jeśli będę miała możliwość to chętnie kupię więcej :) Takie produkty powinny mieć wymienne końcówki, bo te szybko się niszczą. 

Porównanie do reszty: Jak zwykle różnice są subtelne, ale myślę, że w lusterku "na żywo" widać bardziej ;) Tu możecie zobaczyć poprzednie: miękka kredka lub cień + duraline.


Ale mam zmęczone oczy ;c Aż wstyd!
PODPIS

środa, 2 kwietnia 2014

Trochę nowości Marca/Kwietnia :)

Ale ten czas szybko leci! Za ponad 2 tygodnie będzie święto królika i będę mogła pojechać do rodziców do domu :) Tymczasem chciałam podzielić się moimi skromnymi zakupami kosmetycznymi. Są skromne, bo staram się pilnować, ale coś czuję że czeka mnie wycieczka do Golden Rose (koniecznie po te szminki i konturówki) i może jakaś mała odżywka Alterry z Rossmana. Poza tym w związku z wiosną trzeba kupić nowe ubrania i dodatki. Ale nawet z tymi zamiarami uważam, że nieźle mi idzie. 

(jak widzicie według mnie nadal jest marzec)
  • Lakier catrice oyster&champagne, który mieliście okazję widzieć w jednym z ostatnich postów.
  • Gąbeczka do podkładu z Yves Rocher - świetnie, że coś takiego wprowadzili. Po zmoczeniu w wodzie jest ogromna i bardzo miękka i delikatna. Nie jest silikonowa tylko bardziej gąbczasta. 
  • Olejek do kąpieli Green Pharmacy - moje rozczarowanie. Miał pachnieć bergamotką i limonką, a pachnie bliżej niezidentyfikowanym, sztucznym, limonkowym napojem. Olejek w nazwie skojarzył mi się z czymś, co sprawi, że moje ciało będzie pokryte delikatnym filmem, jak to po oliwkach. A tu klops. Nic takiego nie zauważyłam. A nawet powiedziałabym, że skóra jest tak samo "nawilżona" jak po każdym żelu pod prysznic.
  • Suchy szampon Batiste - uzupełnienie zapasów. Dawid bardzo lubi ten suchy szampon. Ja z resztą też.
  • Odżywka do włosów Pure coconut (aż tak dużo kokosa to w niej nie ma). Ładnie nawilża, chociaż trzeba ostrożnie z nią postępować, bo potrafi obciążyć włosy. Moim zdaniem "co drugie mycie" będzie w sam raz. 
  • Na koniec Ampułki Seboradin - krok w walce z wypadającymi włosami. Kupił je Dawid dla siebie, ale ja podkradam :3

PODPIS

niedziela, 30 marca 2014

Zużycia w marcu - akcja nagradzamy zużywanie.

Nigdy nie robiłam postów o zużyciach, ale zachęciła mnie do tego akcja: nagradzamy zużywanie.  

Zasady akcji: "Za każdy pełnowymiarowy zużyty kosmetyk nagradzamy siebie wrzucając do słoika/puszki/skarbonki 5 złotych. Za każde miniaturowe opakowanie 2,50, a za kosmetyk który ciężko się zużywa np perfumy czy kolorówkę 10 zł.Jedynie za zebrane pieniądze możemy kupić nowy kosmetyk/kosmetyki. Wartość nowego kosmetyku/ów nie może być wyższa niż odłożone środki. Niewykorzystane pieniądze przechodzą na nowy miesiąc."

Akcja okazała się przydatna, bo udało mi się zużyć kilka kosmetyków, które zalegały u mnie dłuższą chwilę. Nie przedłużając, zapraszam.

Mgiełka lawendowa anatomicals - nie mogę powiedzieć, że była to moja ulubiona mgiełka. Bardzo intensywny zapach i duże krople wylatujące z atomizera. Stosowałam czasami na włosy, bardzo często do nawilżenia maseczki, która akurat miałam na twarzy. - 5zł

Scrub rewitalizujący z put&rub - muszę powiedzieć, że pokochałam ten kosmetyk, pomimo tego, że nie używałam go jako peelingu. Ma wspaniały zapach i niesamowicie nawilża. Jestem pewna, że kupię go ponownie :) Czekam tylko na jakąś atrakcyjną promocję. - 2,50zł

Olejek do masażu Love Me Green - świetny skład, dobre działanie, ale okropny zapach. Szkoda, bo gdyby ładnie pachniał, to z pewnością kupiłabym ponownie. - 5zł

Krem brzozowo-nagietkowy z betuliną Sylveco - pokochałam go za działanie. Wspaniale nawilżał twarz, łagodził zmiany trądzikowe. Planuję zrobić zakupy w Sylveco, kiedy tylko zużyję zapasy. - 5zł


Maska Kallos Latte - mój stały element pielęgnacji włosów. Postanowiłam zrobić sobie od niego przerwę i bardzo za nim tęsknię. - 5zł

Szampon Essensity - całkiem przyzwoity szampon, jednak przez to, że jest bardzo gęsty to jego końcówkę (na 3 użycia) trzymałam bardzo długo i nie mogłam się jakoś zebrać. - 5zł

Odżywka Deba - bardzo popularna i fajna odżywka, więcej na jej temat pisałam przy okazji aktualizacji włosowej. - 5zł

Garnier ultra doux - znienawidzona przeze mnie seria i odżywka. Byłam tak zniechęcona, że ilość na 2 zużycia leżała i leżała. Zużyłam do mycia włosów i cieszę się, że ni muszę już na nią patrzeć. - 5zł

Suchy szampon Batiste - mój zdecydowany ulubieniec wśród suchych szamponów (niekoniecznie wiśniowy, innego w Hebe nie było) - 5zł


Podkład Bourjois 10h sleep (przelałam 4 próbki do pojemniczka) - kiedyś go uwielbiałam, teraz wolę inne wykończenia :) - 2,5zł

Pasta cynkowa - bardzo ją lubię, dzięki niej pozbyłam się rozszerzonych porów. Pomaga w leczeniu wyprysków - 5zł

Puder Dermacol - podobało mi się jak wyglądał na skórze - 10zł

Acne-derm - mój stały element w pielęgnacji twarzy - 5zł

Płyn micelarny z BeBeauty - nadal jest moim ulubionym, ale kiedy skończę kolejną butlę planuję zaszaleć i sprawdzić coś innego : ) - 5zł


Podsumowując: udało mi się zebrać 70zł. Jestem zaskoczona, ze tak dużo :) Najważniejsze, że pozbyłam się zalegających resztek. 
PODPIS
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...